Grajdół Festiwal, czyli jak spędziłam czas na najwyżej położonym festiwalu w Polsce.

Grajdół co proszę?

Kiedy w kwietniu usłyszałam nazwę “Grajdół” nie wiedziałam o czym jest mowa. Kolega stojący obok musiał powtórzyć dobre dwa razy nazwę, żebym w końcu ją zrozumiała. W pierwszej chwili, przyznaję - myślałam, że to jakaś gwara południowa. Dopiero później okazało się, że mówimy o najwyżej położonym festiwalu w Polsce, który ma odbywać się już za chwilę, w czerwcu. Wcześniej, w Warszawie, na znanym i ulubionym przeze mnie Jazdowie miała miejsce po raz pierwszy tzw. jego rozgrzewka. O tym też w tamtym momencie rozmawialiśmy.

Od rozgrzewki powstrzymał mnie inny wyjazd, ale za to miałam przyjemność uczestniczyć, z uprzejmości organizatorów i ich zaproszenia, na głównym Grajdole czerwcowym. Po otrzymaniu wiadomości z zapytaniem czy będę, sprawdziłam kalendarz, wzięłam wolne w pracy i zdecydowałam, że jadę. Dopiero potem, bliżej terminu, zaczęłam rozmyślać jak tam się dostanę, skoro patrząc na mapę festiwal położony był przy bacówce pod Wierchomlą - ok 830m n.p.m. W góry, zazwyczaj ze znajomymi, czy wcześniej rodziną, jeździłam samochodem, a na festiwale głównie pociągiem. To może tym razem stopem? :)

Przystanek Piwniczna Zdrój

Choć do ostaniej chwili była to bardzo kusząca myśl, stopem nie pojechałam. Wykorzystałam natomiast okazję i zatrzymałam się na kilka dni u przyjaciółki w Krakowie. Z dawnej stolicy Polski wyruszyłam w czwartek o siódmej rano pociągiem do Piwnicznej Zdrój skąd miał mnie już odebrać samochodem Paweł z ekipy Grajdołu.

W Piwnicznej zatrzymałam się na lunch, zjadłam pyszne pierogi ruskie i około trzeciej popołudniu jechałam już samochodem z dwiema innymi uczestniczkami w stronę Wierchomli. Paweł wysadził nas przy szlaku czarnym, gdzie czekali na nas już przewodnicy, z którymi weszliśmy razem na górę. Całe wydarzenie było jednym z atrakcji festiwalu. Było to tzw. “wspólne wejście na festiwal”, które wyjątkowo uroczyście zostało powitane przy Bacówce, już na mecie. Kiedy tylko znaleźliśmy się na miejscu usłyszeliśmy wesołe nawoływania “wspólne wejście już jest! Juhuuuu!”, które poprzedzały dźwięki robionych nam zdjęć.

Trzy dni Grajdołu jak jeden tydzień

Grajdół odbywał się od czwartku do niedzieli. Cztery dni, ale tak naprawdę to czwartek, piątek i sobota były tymi, kiedy działy się koncerty, warsztaty, spotkania i inne aktywności. Niedziela była tak naprawdę dniem wyjazdu. Od rana huczało pod Bacówka od rozmów i zapytań o możliwość podwózki na parking, na pociąg, do miasta, gdziekolwiek, by nie iść pieszo. Spoiler: w moim przypadku była to jednak piesza wędrówka. Na szczęście Klaudia jechała z ciotką do Krakowa i zgodziły się uprzejmie zabrać mnie ze sobą, więc czterdzieści minutowy spacer szlakiem przez las tylko dodał +1 całej przygodzie.

Ale wracając do festiwalu i koncertów!

Nie sprawdzałam line-upu, nie wyszukiwałam na Spotify zespołów. Oprócz znanej mi, niesamowicie zdolnej Asi Nawojskiej reszta wykonawców była dla mnie kompletną tajemnicą i niespodzianką. Chciałam się zaskoczyć.

Udało się.

Grajdół Festiwal 2024

Namena Lala koncert

Pierwszy dzień z pewnością należał do Nameny Lali, którą co ciekawe, poznałam kilka godzin wcześniej w pokoju, w Bacówce. Z początku miałam sobie ten koncert odpuścić, ze względu na pogodę. Czwartkowy wieczór nie należał do najlepszych. Padało i było chłodno. Namena wspominała potem, że przy jej koncercie było zaledwie sześć stopni! Wierzę, bo sama siedząc przy scenie na leżaku, już po całym dniu bycia na zewnątrz, trzęsłam się z zimna trzymając w ręku termos gorącej herbaty, który z każdą kolejną minutą stawał się coraz to zimniejszy. Wytrwałam do połowy, choć żałuję, że nie mogłam zostać więcej! Zachwycona metodą loopingu, który prezentowała Namena połączonej z jej czystym głosem, wędrowałam w czasie występu poza obszary sceny leśnej. W pewnych momentach nawet już zimno tak nie dokuczało.

Dodatkowo Namena pomiędzy piosenkami dopowiadywała piękne historie związane ze swoją muzyką. Całość świetnie wprowadzała słuchaczy w klimat jej twórczości, którą powinien posłuchać nie jeden z nas. Podpowiem, że i ja miałam okazję zapisać kawałek tej opowieści u siebie, w notatniku :)

Moje pierwsze w życiu warsztaty kaletnictwa

Mówią, że w życiu należy spróbować wszystkiego, bo w sumie czemu nie? Jeśli szukacie takiego miejsca, gdzie można zacząć, to szczerze mogę powiedzieć, że Grajdoł Festiwal jest jednym z nich. Sądzę, że można tam kilka takich dosyć nietypowych aktywności (przynajmniej dla mnie) odhaczyć i jaka jest z tego frajda!

Grajdoł to nie tylko bowiem koncerty, ale szereg warsztatów, które działy się w ciągu dnia czasami już od 11 rano do 16-17. Do wyboru były m.in. warsztaty szycia notesów, gotowania z roślin znalezionych na łące, zielarstwa, kaletnictwa, wycinanek, orientacji w terenie, ale też coś bardziej popularnego, czyli warsztaty palenia kawy. Miejsc nie było już pierwszego dnia, a czasem nawet dla tych, którzy przychodzili i próbowali swoich sił, by jednak dołączyć do grupy najprościej w świecie brakowało miejsca! To tylko świadczy o tym jak bardzo społeczność festiwalu pragnęła i chciała doświadczyć czegoś kreatywnego i “razem” niż jakby ktoś pomyślał stereotypowo - odsypiać poprzedni dzień imprezowania. Nie na Grajdole.

Sama wybrałam warsztaty kaletnictwa, znów przypadkowo i znów śmiało przyznając nie wiedząc w pełni na co się piszę. Wchodząc do jurty zobaczyłam stertę leżącej na środku skóry i wtedy zrozumiałam. Będziemy dzisiaj robić zapewne torebki lub portfele ze skóry. Część uczestników rzeczywiście pokusiła się na torebkę. Inni zdecydowali, że zrobią pokrowiec do e-papierosa lub okładkę na notes. Osobiście poszłam sprytnie na skróty i z gotowego szablonu zrobiłam nie jeden, a dwa pokrowce na wizytówki, drobne, lub karty bankowe. Dlaczego aż dwie? Według wskazówek materiału można było użyć na max. jedną stronę A4, co odpowiadało zwykle jednej większej rzeczy. Ja zdecydowałam, że pokuszę się na coś małego i przy okazji przywiozę z festiwalu własnoręcznie zrobiony prezent dla przyjaciela/iółki.

Oprócz warsztatów dla uczestników organizowane są prelekcje i spotkania z podróżnikami, dziennikarzami i aktywistami. W tym roku szczególną popularnością cieszyło się spotkanie z Wojciechem Jagielskim i Krzysztofem Storym, którzy opowiedzieli o swoim podcascie “Jagielski Story”.

Do tego wszystkiego nie można zapomnieć o strefie well-being, która na Grajdole reprezentowana była przez Ohana Czuła Przestrzeń z Krakowa. Nie dość, że w sobotę i niedzielę dla uczestników organizowane były zajęcia jogi na łące, z widokiem na Tatry, to jeszcze w jurtach możliwe było zamówienie sobie masażu. Z opowieści wiem, że było warto skorzystać!

Koncert Kapeli Maliszów i Bubliczków

Jak wspominałam wcześniej nie znałam większości zespołów. Bardzo duże wrażenie natomiast zrobiła na mnie Kapela Maliszów. Rodzinne trio w składzie: tato, córka i syn zaczarowało scenę i publiczność. Nie było tam dużo wokali, ani ubarwień. Czuć natomiast było przede wszystkim perfekcję i prawdziwy kunszt muzyczny. Był to jeden z tych koncertów, na który przychodzisz posłuchać muzyki instrumentalnej i wiesz, że się nie zawiedziesz.

Bubliczki z kolei, czyli jak o sobie mówią septet dęto – smyczkowo – szarpany, zaprezentował nieco inny repertuar. Tutaj znów nogi same porywały się do tańca. Melodia bałkańska, coraz to szybsze rytmy rozgrzewały publiczność do czerwoności. Dawno tak dobrze się nie wytańczyłam!

Nie wszystko było idealne, nie wszystko było w moim guście, ale na pewno wszystko było prawdziwe, niezwykłe i unikowe. To było najważniejsze. Nie wiem czy to przez koncerty, czy przez miejsce, albo jeszcze ze względu na kameralność całego wydarzenia, ale bycie na Gradole po prostu dawała mi czystą radość. Słuchając muzyków, będąc tam na miejscu, pod sceną nie liczyło się czy coś wyjdzie, czy nie. To też nie była tylko moja opinia. Słuchając rozmów artystów twierdzili podobnie. Liczyła się po prostu muzyka sama w sobie. Dawno nie czułam czegoś takiego fajnego i za to Grajdołowi szczerze dziękuję! Za tą szczerość i po prostu przeżywanie tej muzyki wspólnie, razem i prawdziwie.

Kameralny festiwal z miłości do sztuki

Grajdół festiwal to o wiele więcej niż tylko muzyka. To bezpieczna przestrzeń dialogu, artystycznych doznań, bliskości z naturą, rozwijania naszej kreatywności i zmysłów. To miejsce, w którym możemy pobyć sami ze sobą. Wokół dzieją się rzeczy, ale jest przestrzeń na spokój i ciszę. Nie czuć obowiązku bycia gdzieś z wszystkimi. Każdy może sam dowolnie zdecydować, gdzie się uda - na koncert, czy na łąkę - odpowiednio do swoich potrzeb.

Festiwal Grajdoł to wydarzenie, które jak mówią organizatorzy nie jest nastawione na uzyskanie dochodów. Organizowany jest zgodwnie z misją Fundacji KarpatArt, a więc każda edycja poświęcona jest konkretnemu tematowi społecznemu. Co więcej, tworzy go niesamowita ekipa wolontariuszy, którzy widać z miłości do sztuki, muzyki i idei sprawiają, że kolejne edycje następują, a sam festiwal rozwija się z roku na rok. W krótkiej rozmowie opowiedział o tym Michał Borkowski.

Michał: W imieniu całej ekipy mogę powiedzieć, że jest fantastycznie. Pobiliśmy rekord frekwencyjny po paru dobrych latach rozwoju i starań, żeby wejść na te głębokie wody i zaistnieć w świadomości festiwalowiczów w kraju. Dziś rzeczywiście mogę powiedzieć, że nam się to udało. Mamy uczestników z różnych zakątków Polski i nie tylko, bo też z Litwy, z Łotwy, Estonii czy Wielkiej Brytanii. Udało nam się stworzyć bezpieczną przestrzeń spotkań, w której można odetchnąć i przeżyć festiwal inaczej.

Natalia: Boicie się, że to przerodzi się w imprezę masową?

Michał: Nie, nie boimy. Cenimy sobie kameralność i też takie mniejsze festiwale są dla nas czymś wyjątkowym. Możemy nawiązać tutaj lepsze relacje z innymi uczestnikami. Trzeciego dnia zauważasz, że już prawie wszystkich znasz, a przynajmniej kojarzysz. O to też chodzi - by stworzyć taką małą wioskę festiwalową.

Natalia: W tym roku Grajdoł Festiwal pod hasłem “Raźniej”. Co to dla Ciebie znaczy?

Michał: więcej optymizmu :) Organizowanie takiego wydarzenia wiąże się na pewno z pewnymi wyzwaniami, przeszkodami i stresem, dlatego chcieliśmy nadać w tym roku takie hasło trochę też dla nas samych, by na koniec móc przekazać ten optymizm i energię dalej, dla uczestników festiwalu.

Udanie się na festiwal było z pewnością jedną z najfajniejszych rzeczy, które mnie spotkało w tym roku. Z całym sercem mogę polecić to miejsce każdemu. Jeśli nie specjalnie, to być może przy okazji, przypadkowo udacie się na hike w Beskidzie Nowosądeckim i sami natraficie na Grajdół. Jeśli okażecie się tymi szczęściarzami to zostańcie, a wrócicie ;)

C.

Previous
Previous

Great September Showcase Festival & Conference 2024 w Łodzi - będziesz?

Next
Next

wrOFF Showcase 2024 już za chwilę!